Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miejsca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lutego 2014

byle do wiosny

po dobrym śniadaniu czas na spacer po Shoreditch :D
jajko w koszulce z sałatką (sałata, avocado, szynka, gruszka, kukurydza, prażony słonecznik, a wszystko pod dresingiem cytrynowo pieprzowym)

 

czwartek, 28 lutego 2013

degustacje

Strasznie tęsknię za latem, mam już dość krępującej ruchy grubej kurtki i rajstop, chce poczuć na policzkach promienie słońca i ciepły wiatr na gołych łydkach. Z utęsknieniem oglądam co rano moje lniane szorty w kolorze lazurowego morza nad którym nigdy nie byłam. Chce jeść truskawki na ławce w parku i cieszyć się słońcem nawet do późnego wieczora. Ech lato.. swoją nieobecnością łamiesz mi serce..
Pomimo tej późnozimowej depresji i notorycznego niechcenia i braku czasu staramy się korzystać z dobrodziejstw metropolii w której zachciało nam się mieszkać, chociaż czasem zastanawiam się, czy nie lepiej zrobili byśmy wyprowadzając się w miejsce gdzie słońce rozpieszcza troszkę bardziej..


Ciastka z chińskiego sklepiku o smaku duriana - azjatyckiego owocu tropikalnego o odpychającym zapachu a za razem wyśmienitym smaku. Nie odważyliśmy się go jak dotąd spróbować, ale jak znalazłam te ciasteczka to nie mogłam się oprzeć. Podejrzewam, że nie była to nawet cząstka tego co spotkało by nas po otworzeniu prawdziwego duriana ale ciastka i tak miały dziwny smrodek i pomimo tego, że były dość smaczne utrudniało mi to nieco degustacje, pierwszy kęs najgorszy, a potem już powoli zapominało się o tym zapachu.



Słodkie japońskie kuleczki mochi  robione z klejącego ryżu i mąki ryżowej, tradycyjnie wykonuje się je w wielkim moździeżu ubijając drewnianym ubijakiem i spożywa najwięcej podczas obchodów nowego roku. My mieliśmy trzy wersje, nadziewane pastą z czerwonej fasoli, zielone z zielonej herbaty oraz obtoczone sezamem z ciemnym nadzieniem - chyba właśnie z czarnego sezamu - były moim zdaniem najlepsze. Niestety choć wszystkie wyglądały pięknie to nie powaliły mnie na kolana, a wręcz rozczarowały mdłym smakiem i miękką, niewyraźną konsystencją.



w kapsule London Eye





British Museum




Dwa nowe ulubione kolory 304 papaya i 303 lychee - jasne i pastelowe może przyspieszą nadejście wiosny


mój wiosenny parapet

piątek, 23 listopada 2012

Cmentarz zwierząt

Pewnego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę, którą od dawna planowałam, ale jakoś tak nie było nigdy okazji/chęci /siły/czasu aby się zebrać w sobie i właśnie  w to miejsce pojechać. Owego jednak dnia zebraliśmy się w sobie i w końcu dotarliśmy do londyńskiego Natural History Museum. Mieści się ono w przepięknym wiktoriańskim gmachu, a atmosfera panuje tam co najmniej dziwaczna, przynajmniej według mnie. Co prawda są tam codziennie tłumy turystów których ilość nieco psuje nastrój, ale czuć tam jakąś taką dziwną bajkową aurę, może to przez budynek, który jak wypisz wymaluj rodem prosto z osławionej angielskiej powieści o chłopcu czarodzieju na miotle, a może przez tony kości w większości przedpotopowych zwierząt, których łacińskie nazwy ciężko nawet wypowiedzieć, a co dopiero zapamiętać, a może to przez słoje przypominające te, z bajki o czarownicy, wypełnione parafiną, z okazami fauny zatopionymi w ich wnętrzu, zaopatrzone w pieczołowicie opisane etykiety. W każdym razie aura jest baśniowo -bajkowa, lecz za razem jakaś taka cmentarna. Wstydem byłoby mieszkać w angielskiej stolicy, a nie zwiedzić takiego muzeum, szczególnie, że wstęp jest wolny, więc jeśli kiedykolwiek zdarzy wam się być w Londynie, serdecznie polecam się tam udać.